Smak życia - W Szczecinie urodzili się po raz drugi , reportaż Kurier Szczeciński z 27-28.10.2000

Wersja do wydruku   

Wśród nas najważniejsi są oni: ludzie z wypisaną na plakietkach datą swych drugich urodzin - datą przeszczepu wątroby w II Klinice Chirurgii Ogólnej i Transplantologii PAM. Jest Krzysztof Wasiluk, „urodzony" w maju 1996 roku - pierwszy człowiek po udanym przeszczepie wątroby w szczecińskiej klinice, jest pani Maria Dworak z Gorzowa - „rocznik" 1996, pani Danuta Busse z Sowna, z rocznika przeszczepów 1997, która mówiła nam kiedyś, że tak jej życie smakuje... Jest też Edyta Haluszczak, jedyna kobieta w Polsce z przeszczepioną wątrobą, która urodziła dziecko. Było to wielkie wydarzenie w Klinice Patologii Ciąży przy Unii Lubelskiej. Trudno uwierzyć, ale czas przywrócił twarzom tych ludzi młodość...

- Po raz pierwszy cieszę się, że kogoś nie poznałam - mówi dr Marta Syczewska z Kliniki Chorób Zakaźnych PAM, którą wdzięczni pacjenci zaprosili na swój zjazd.
Do Rokitna skrzyknął wszystkich „urodzonych" w II Klinice Chirurgii Krzysztof Pijarowski, dziennikarz gorzowskiego Radia Eska - rocznik 1999. Przyjechali spotkać się, porozmawiać i założyć Towarzystwo „Życie po przeszczepie", aby służyć swoją pomocą innym, czekającym z lękiem na to, co oni mają już za sobą. Również po to, by mówić nieustannie, przekonywać wszystkich nieprzekonanych, że przeszczep jest szansą na powrót do normalnego życia. Najtrudniej rozmawia się o tym z rodzinami zmarłych, mimo iż wszystko, wydawałoby się, optuje za...
- Nawet to, że święty Piotr nie pyta przecież o ciało, tylko o duszę... - mówi Krzysztof. Zjechali się pod Gorzów niespodziewanie dużą grupą. Niektórzy z bardzo daleka. Pani Anna Radomska przyjechała z Lublina, pani Zofia Pastucha, która zamknęła swój sklepik, chociaż Uczy się każdy grosz, spod Lublina, pani Celina z mężem i córeczką z podkrakowskiej wsi... Wieczorem poprzedniego dnia razem z księdzem Kondrackim modlili się w sanktuarium za lekarzy, pielęgniarki, za dawców, dzięki którym żyją, i za ich rodziny. Modlili się też za swego doktora, dla którego chyba przyjechali przede wszystkim.

Wszyscy mówią, że mieli szczęście
Jeśli przesadą jest twierdzić, że naszym życiem kieruje przypadek, to na pewno nie odnosi się to do tych ludzi. Wielu z nich przeszło sporo różnych oddziałów szpitalnych w kraju, na niektórych lekarze postawili krzyżyk i nieoczekiwanie, skutkiem różnych okoliczności, znaleźli się w szczecińskiej klinice na Pomorzanach.
- Miałem... miałam szczęście... - powtarzają w rozmowie. - Mieliśmy szczęście...

- W ostatniej chwili znalazł się dawca, w ostatniej chwili przyszedł ratunek -mówi pani Zofia. - Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam doktora Kostyrkę. Powiedział, że muszę mieć nie tyle szerokie, co bardzo szerokie plecy u Pana Boga. Potem prawie nie odchodził od mojego łóżka. Dzięki niemu żyję. Pracuję w polu, prowadzę z synem sklep...
Pani Anna z Lublina o transplantacjach w Szczecinie przeczytała w gazecie i tutaj postanowiła szukać ratunku. Trafiła najpierw do doktor Syczewskiej, a potem w ręce doktora Kostyrki. Wątrobę przeszczepiono jej w ubiegłym roku. Również dzięki gazecie dowiedziała się o naszej klinice pani Celina, u której lekarze przez dłuższy czas nie rozpoznawali żółtaczki. Przeszła drogę męki przez różne oddziały szpitalne, także w Warszawie, gdzie powiedziano, że ze swoją wątrobą pożyje jeszcze pięć lat. Pani Celina też mówi o szczęściu; telefon doSzczecina, rozmowa i doktor Kostyrka kazał przyjechać. I już nie puścił do domu.
- Kiedy ja przyjechałem do Szczecina, żona powiedziała mi, że będzie miała przeszczep. Zaczęło się o godz, 17, a o 5 rano następnego dnia było po wszystkim. Siedziałem wtenczas przez całą noc. Wolałbym wtedy być na jej miejscu, żeby nie czekać i nie przeżywać tego koszmaru - opowiada pan Stanisław i oczy mu wilgotnieją.
Pan Stanisław wiele razy przyjeżdżął z Krakowa do żony. Ulitował się nad nim profesor Stanisław Zieliński (ówczesny szef II Kliniki Chirurgii Ogólnej i Transplantologii) i pozwalał nocować w szpitalnej bibliotece.
O serdeczności całego zespołu lekarzy, pielęgniarek i salowych tej kliniki oboje z panią Celiną mówią przerywając sobie.
W Warszawie słyszałam od rana: „Żarcie! Wstawać! I komentarze w stylu - myślicie, księżniczki, że ktoś was karmił będzie? W Krakowie już było inaczej, a w Szczecinie? Niech pani napisze, że Szczecin jest najwspanialszym miastem w Polsce, a takich lekarzy, jak pan Kostyrka i profesor Zieliński, nie spotyka się często - mówi pani Celina.
Pan Janusz Mielec z Wałcza -rocznik 1998 - też mówi, że miał szczęście. Był przygotowywany do przeszczepu we Wrocławiu i nagle dostał telefon, że ma jechać do Szczecina. Dzięki temu, że tutaj otrzymał drugie życie, dzisiaj ceni je bardziej niż przed operacją. O tym zresztą mówią wszyscy „ponownie narodzeni". To już jest inne życie, naczej na nie patrzą. Krzysztof, dla którego wcześniej praca szalejącego reportera w terenie była najważniejsza, teraz mówi o rodzinie. Powtarza, że coś innego stało się ważne. Od tamtego momentu, gdy karetką wieziono go na przeszczep z Arkońskiej na Pomorzany.
- - Wcale nie myślałem, że umieram, balem się tylko bólu, tego wkłuwania - ...zwierza się. - Światełko karetki, jakiś krótki rachunek sumienia, po raz pierwszy... Było mi wtenczas tylko żal tego, że przegapiłem dorastanie syna i że spłata hipoteki na dom spadnie na rodzinę. Po operacji długo dochodziłem do siebie. Jest to absolutne przewartościowanie życia. Także w kwestii wiary. Byłem religijny, ale bez przesady, i to ostatnie doświadczenie zupełnie mnie zmieniło. Jest w człowieku jakaś wewnętrzna potrzeba czegoś idealnego, trzeba mieć punkt odniesienia. Wiem, że większość z nas tu obecnych czuje to samo.

Wdzięczność
- Dał nam drugie życie - mówią ludzie o doktorze Kostyrce, na którego czekamy w tym pięknym październikowym dniu. - Nie odchodził od łóżka, był na zawołanie w dzień i nocą... - powtarzają wszyscy nasi rozmówcy.
Do tej pory dr Roman Kostyrka przeprowadził w II Klinice Chirurgu na Pomorzanach 32 transplantacje wątroby. Mówi się, że na jego pracy powstał już niejeden doktorat. Wszyscy wiedzą, chociaż tego się nie ogłasza w publicznych komunikatach, że ma na swoim koncie najwięcej udanych przeszczepów w kraju. To znaczy, że najwięcej jego pacjentów przeżyło operacje. To znaczy, że on jest najlepszy, że ma coś takiego w rękach... Natura jednych obdarza talentami, innym ich skąpi. Doktor Syczewska mówi o swoim koledze, że jest „irytującym przykładem samorodnego talentu", że żaden lekarz na Zachodzie nie przystąpiłby do przeszczepu, mając takie niedostatki w nowoczesnej aparaturze, z jakimi musi sobie radzić on i jego zespół.
Więc ci ludzie z plakietkami, których spotkaliśmy w Rokitnie, nie przesadzają mówiąc, że mieli szczęście trafiając w złote ręce doktora, na którego - jak twierdzi pani Zofia Pastucha - „nie ma słowa, żeby go określić...".
Dla wielu zaś było to szczęście podwójne, bo... nie mieli pieniędzy. Gdzie indziej trzeba je było mieć. Za transplantację płaci państwo, ale...
- Gdzie indziej wpisowe na listę czekających na przeszczep to kwoty w wysokości 45-50 tysięcy złotych - mówią nam.
A w Szczecinie doznali szoku.
- Mojej siostrze profesor Zieliński powiedział tak, gdy spytała, czy może porozmawiać na osobności. „Może pani przyjść. Ale uprzedzam, jeżeli pani chce przyjść z kopertą, to proszę nie przychodzić, bo nie będę rozmawiał" - opowiada jedna z kobiet.

Każdego z naszych rozmówców pytamy, ile zabierali ze sobą do szpitala. Pani Zofia uśmiecha się lekko.
- Doktor powiedział mi, że jak o tym będę mówić, to on mnie wypisze ze szpitala... i był koniec rozmowy.
Krzysztof odpowiada, że był już wcześniej „ustawiony", że tu się nie bierze. Pan Janusz, rencista z Wałcza, który ma troje dzieci i wszystko, co miał przed operacją wydał na leki, mówi, że nawet nie próbował... -1 bardzo dobrze - śmieje się dzisiaj. - Bobym wyskoczył za drzwi... Pan Stanisław, mąż pani Celiny, opowiada ze śmiechem, że też chcieli się odwdzięczyć doktorowi. Zebrali 150 starych milionów, z których część ofiarował im pewien człowiek, który dla ratowania swej córki założył fundację, ale nie doczekała przeszczepu. Pan Stanisław nawet wykupił kuszetkę do Szczecina, żeby go czasami nie okradzione...
- Poszliśmy do doktora, a ten huknął: Co wy sobie myślicie?
I głupio się nam zrobiło... -mówi.
Kiedy ojciec jednej z naszych młodych rozmówczyń, która też trafiła na Pomorzany w ostatnich dniach swego pierwszego życia, przychodził do szpitala dowiadywać się o jej stan, musiał płacić za informacje pewnemu lekarzowi. Jak nazwać kogoś takiego? Nie był to lekarz z II Kliniki Chirurgii, zaznacza nasza rozmówczyni widząc, że notujemy jej słowa.
- Kiedy rozmawialiśmy z doktorem Kostyrka w gabinecie, widzę nagle, jak ojciec tak sięga po ostatnie już pieniądze, a doktor na to: Już pan źle zaczął... Powiedział, żeby go nie obrażać, a mój biedny ojciec myślał, że skoro nie chce wziąć, to znaczy, że ze mną już koniec... - słyszymy.

Przeszczep to życie
Czas mija. Słuchamy, notujemy, rozmawiamy... Dopóki główny bohater nie pojawia się, przepraszając za spóźnienie. Nikt już nie chce rozmawiać, wszyscy się garną do niego.
- Czego beczy? - pyta doktor ściskając pierwszą witającą i już beczy żeńska część komitetu powitalnego.
Kwiaty, słowa podziękowania -który raz wypowiadane? Wszystko filmuje poznańska telewizja. Doktor Kostyrka, znany z niechęci mówienia o sobie, przed kamerami mówi o chorych, dla których potrzeba jak najwięcej ośrodków transplantacyjnycn, bo przeszczepy pozwalają ludziom wrócić do normalnego życia. W zachodniej Europie wykonano do tej pory 40 tysięcy przeszczepów wątroby, w Polsce - 150. Do nadrobienia jest dużo.
Szansę zwiększenia liczby transplantacji doktor Kostyrka widzi także w Szczecinie, w dwóch ośrodkach - w jednym na Pomorzanach, w drugim przy ul. Arkońskiej, dokąd się właśnie przeniósł. Tam chciałby zajmować się tym, co robi od lat - chirurgią wątroby i przeszczepami. Chciałby też szkolić młodszych kolegów. I jeszcze tłumaczy dziennikarzom, że nie należy traktować go jak gwiazdę, bo wszystkie jego sukcesy są sukcesami całego zespołu II Kliniki...
- Przeszczepy to nie praca jednej osoby, to wysiłek całego zespołu, bez którego zaangażowania chirurg nic nie zrobi... - wyjaśnia, a my grzecznie przytakujemy.
Dr Roman Kostyrka od pierwszego października pracuje w szpitalu przy ul. Arkońskiej. Zapytaliśmy dyrektora Zenona Czaj-kowskiego, czy chirurgia tego szpitala; jest przygotowana do ' przeszczepów wątroby. Odpowiedział, że już tak. Jeszcze tylko trwają starania w Ministerstwie Zdrowia o przyznanie pieniędzy, bo za transplantacje płaci budżet państwa. Jeśli wszystko przebiegnie pomyślnie, możemy spodziewać się pierwszego przeszczepu wątroby przy ul. Arkońskiej.

Tekst i fot. Elżbieta BRUSKA

Projektowanie stron SSI